Wcale nie amerykańskie highwaye, nie ćwieki, nie big twin ani rama Softail nadały temu Harleyowi wartość. Motocykl stał się cenny, gdy przestał być przedmiotem z cyklu „bo tego jeszcze nie mam”, a stał się spełnieniem marzeń. Dla Leszka to wartość nie mierzona w USD ani w PLN tylko w przyśpieszonym biciu serca, gdy jako szesnastolatek wsiadł po raz pierwszy na motocykl żużlowy w klubie Start Gniezno. Który sam skręcił z części od mechaników (i zarejestrował) swój własny motocykl i jeździł nim z Gniezna do internatu w Poznaniu. I wreszcie któremu koleje życia nakazały odstawić dwa koła… aż do pięćdziesiątki. Ciekawi mnie ilu z nas motocyklistów przerobiło podobny scenariusz,… no może bez tego samodzielnego budowania jednoślada…